Gniot na wrotkach
Autor:
Marcin 'malakh' ZwierzchowskiRedakcja: Klaudia 'Marigold' Najdowska

Moda trwa. Zaczęło się na dobre w roku 2000, kiedy na ekrany wszedł pierwszy z serii
Strasznych filmów. Od tego czasu kina regularnie zalewane są wszelkiej maści głupkowatymi komedyjkami, niczym tasiemce (nawet długość się zgadza!) pasożytujące na sukcesach innych twórców. Wspomniany wcześniej film zapoczątkował cały cykl pastiszów horrorów, pojawił się
To nie jest kolejna komedia dla kretynów zbierający ochłapy popularności
American Pie, niedawno było parodiujące
Opowieści z Narnii (i kilka innych filmów)
Wielkie kino, a ostatnio pozytywnie zaskoczył mnie
Poznaj moich Spartan, wyróżniający się pewną (aczkolwiek szczątkową) oryginalnością.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Niestety, najnowsza produkcja Craiga Mazina (reżyser trzech ostatnich części
Strasznego filmu) zdecydowanie bliżej ma do mdłego
Władcy pierścionka niż do klasycznych
Facetów w rajtuzach. Twórcy postanowili łopatologicznie wytłumaczyć widzom, jak nakręcić absolutnego gniota.
Po pierwsze, za scenariusz wziąć się musi człowiek, który specjalizuje się w tworzeniu durnowatych filmików, pasujących raczej na portale typu YouTube niż do kina. W przerwach pomiędzy pisaniem podstaw do
Strasznego filmu 3, 4 i 5, pan Mazin nie próżnował, z godną pozazdroszczenia sumiennością faszerując swój mózg bezładną papką typu
Jackass. Po czym można to poznać? Otóż scenariusz do
Superhero to nic innego, jak ściągnięta ze
Spider-Mana kalka, na którą nałożono mnóstwo bezsensownych sekwencji, w których bohaterowie robią sobie krzywdę. Niby nic złego by w tym nie było, gdyby nie uderzająca wtórność. Mazinowi najwyraźniej skończyły się pomysły, gdyż w całym filmie nie potrafił wykrzesać z siebie praktycznie żadnego gagu, poziomem przewyższającego poślizgnięcie się na skórce od banana. Przez blisko dziewięćdziesiąt minut uśmiechnąłem się może trzy czy cztery razy i to tylko wtedy, gdy na ekranie pojawiał się Leslie Nielsen. Nawet jeżeli pojawiały się jakieś śmieszne scenki, to były one do tego stopnia eksploatowane, że w ostatecznym rozrachunku budziły niesmak (sikanie z sufitu). Jason Friedberg i Aaron Seltzer, scenarzyści
Poznaj moich Spartan, również żywcem kopiowali z oryginału, ale mimo wszystko potrafili od czasu do czasu przemycić coś od siebie, coś, co sprawiało, że widz nie żałował spędzonego w kinie czasu (chociażby wątek homoseksualnych Spartan).
Po drugie, scenariusz nie tylko musi być do bólu wtórny, ale na dodatek składać się powinien z dziesiątek chaotycznych, luźno powiązanych scen, których rację bytu w tym dziele tłumaczy jedynie chęć maksymalnego nafaszerowania filmu najróżniejszymi bohaterami (absolutnie zbędne sekwencje kopiujące serię
X-Men). Dzięki temu akcja prawie w ogóle się nie rozwija, drepcząc w miejscu, a raczej pląsając niczym pijany tancerz. Całą historię pchają luźno porozrzucane w filmie scenki, upchnięte między kolejne sekwencje robienia sobie krzywdy przez bohaterów.

Trzecim, bardzo ważnym elementem każdego (nie)szanującego się gniota są tragiczne postaci. I to nie tylko pod względem aktorskim (wpaść na ścianę, zrobić głupią minę i trochę pokląć to i ja potrafię), ale już nawet na gruncie samej koncepcji (tragiczny główny czarny charakter - Hourglass). Wszystko sprowadza się do tego, żeby przebrać kogoś w debilny kostium, kazać mu udawać zidiociałą wersję jakiegoś superbohatera, no a Pameli Anderson odpowiednio dobrać rozmiar dekoltu. Zresztą, wystarczy spojrzeć na plakat, mający przyciągnąć widza feerią barw i różnorodnych bohaterów. Gdzie tkwi haczyk? Ze wszystkich siedmiu osób widocznych na posterze, znaczącą rolę odgrywa tylko Ważka (Drake Bell) i wujek Albert (Leslie Nielsen). Czwórka bohaterów pojawia się przelotem – Wolverine, niewidzialna dziewczyna i Człowiek-pochodnia w sumie może na minutę - przy czym jedynie profesor Xavier (Tracy Morgan) gości na ekranie na tyle długo, by można było mu się lepiej przyjrzeć. Co ciekawe, widoczna na plakacie Regina Hall, przebrana za Storm, wcale w filmie w tej roli nie występuje! Gra żonę profesora Xaviera, a postać z
X-Mena parodiuje inna aktorka.
Ostatnim, kluczowym puzzlem w układance zwanej
gniotem jest olbrzymia dawka przesady. Jeżeli główny bohater goni autobus, to niech uderzy nie tylko w lusterko, ale i w drzwi, no i w znak stopu, a najlepiej żeby, jak już wsiądzie do środka, długo nie czekał na kolejne ciosy, tym razem ze strony współtowarzyszy podróży. Jeżeli mają się na niego rzucić zwierzęta, to nie tylko królik, szop czy wiewiórka, ale najlepiej jeszcze stado psów, lamy, a i dla zboczonego ślimaka znajdzie się miejsce. Jak sika to musi wypuścić z siebie co najmniej dziesięć litrów moczu, a jeżeli akurat dowiedział się, że potrafi chodzić po ścianie, to niech od razu zacznie tańczyć breakdance.
Dorzućmy do tego przeciętne zdjęcia i okropną muzykę (chaotycznie dobrana, jak akcja całego filmu), a otrzymamy gniot na wrotkach. Skąd te wrotki, zapytacie? Bo normalnie gniotem nazywam zwykły film, który twórcom nie wyszedł (na przykład
1408 lub
10 000 B.C.), a w tym wypadku dorzućmy jeszcze odpychającą wtórność, żerowanie na sukcesach innych, no i przede wszystkim brak jakichkolwiek ambicji, by stworzyć coś chociażby strawnego (a że można, pokazał
Poznaj moich Spartan).
Podsumowując: tragiczny scenariusz, porażające aktorstwo, brak humoru, ale za to przytłaczająca dawka idiotyzmu – oto pełny obraz najnowszej produkcji twórców
Nagiej broni i
Strasznego filmu, czyli
Superhero.
Ocena:
1 / 6
Tytuł: Superhero Movie
Reżyseria: Craig Mazin
Scenariusz: Craig Mazin
Obsada: Drake Bell, Sara Paxton, Christopher McDonald, Leslie Nielsen, Kevin Hart, Marion Ross, Ryan Hansen, Keith David, Jeffrey Tambor, Nicole Sullivan, Sam Cohen, Tracy Morgan, Regina Hall, Marisa Lauren, Craig Bierko, Richard Tillman, Simon Rex, Pamela Anderson, John Getz, Michael Papajohn, Kurt Fuller, Craig Mazin, Kimberly "Lil' Kim" Jones
Muzyka: James L. Venable
Zdjęcia: Thomas E. Ackerman
Data premiery: 06 czerwca 2008
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2008
Czas projekcji: 85 min.
Waszym zdaniem...