Autor:
Tomasz 'Tomazzy' PodwysockiRedakcja: Klaudia 'Marigold' Najdowska

Może sarkazm i ironia zabijają humor, lecz to recenzencka zemsta, gdyż
Pakt milczenia zabił we mnie więcej niż tylko humor…
Początek rokuje dobrze – krótki wstęp – XVII wiek, prześladowani za uprawianie czarów uciekają do Nowego Świata, gdzie powstaje tytułowy pakt. Następnie pokaz rycin i woluminów związanych z czynieniem uroków, przeplatanych migawkami z filmu, przy świetnym utworze ”White Zombie - More Human Than Human (Meet Bambi In the King's Harem Mix)”. I na tym należałoby zakończyć oglądanie
The Covenant, by nie zepsuć sobie o nim zdania. Zaciekawiony początkiem brnąłem jednak dalej, co ostatecznie okazało się iście masochistyczną przygodą, może nie tak straszną jak nasz rodzimy horror -
Pora Mroku, lecz nadal traumatyczną.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Film opowiada o losach czterech przyjaciół - Caleba Danversa, Pogue’a Parry’ego, Tylera Simsa i Reida Garwina – związanych starodawnym paktem, najstarszych potomków kolonistów w danym pokoleniu, którzy dziedziczą moc magiczną. Nagle pojawia się piąty członek rodu - przepełniony mocą i nienawiścią do reszty rodzin [Chase Collins ], co grozi złamaniem paktu, a na to przyjaciele nie mogą pozwolić.
Akcja toczy się w miasteczku Ipswich, na tamtejszym uniwersytecie Spencer i w jego okolicach. Scenografie są bardzo ładne i wpasowują się w klimat filmu o czarach. Szczególnie urzekający jest kampus - wiecznie obleczony mgłą bądź deszczem, jakby żywcem wyjęty z angielskiej macierzy kolonii. Niestety i to filmu nie ratuje.
Fabuła jest mocno sztampowa i przewidywalna na wskroś, mimo iż nie jestem wróżbitą, nie miałem problemów z odgadnięciem, co będzie się działo w następnych scenach. Jak to w hollywoodzkich produkcjach bywa, mamy gorącą miłość z wszelkimi stereotypowymi etapami poznawania i zakochiwania, mamy też oczywiście
tego złego, wielkiego antagonistę, który grozi wszystkiemu, co bohaterowie kochają. Zastanówmy się - w co też on może uderzyć? - czyżby miały to być drugie połówki bohaterów?
Przejdźmy jednak do bardziej interesującej mnie kwestii, a mianowicie – magii. W filmie jest ona niesamowicie strywializowana - dziedziczna, objawia się w 13 urodziny próbką mocy, ni stąd ni zowąd nastolatek potrafi czarować, nie potrzebuje żadnej nauki, rytuałów czy tym podobnych rzeczy, wystarczy praktyka. Kiedy kończy osiemnaście lat, przechodzi Ascendencje i zdobywa pełnię mocy. Jednak moc niesie za sobą pewne konsekwencje, nadużywanie jej prowadzi do degeneracji organizmu, co na pewno jest przestrogą dla młodych magów, rzucających zaklęciami jak lama śliną.
W opisach filmu widnieje, iż jest on horrorem, gdzieniegdzie pojawia się też pojęcie ”film akcji”. Nie wiem, co ma widza przestraszyć - może banda gówniarzy rzucająca magicznymi kulkami, a może sama okultystyczna otoczka?. Owszem są sceny, które mogłyby pretendować do miana
strasznych, gdyby nie fakt, że zostały niezbyt zręcznie zrealizowane i wrzucone na siłę. Jedyne, co je ratuje, to nienajgorsze efekty wizualne, jak na przykład pojawienie się zjawy zmarłego chłopaka.
Aktorstwo jest przeciętne, niczym się nie wyróżnia. Jednak to nie wina aktorów, że scenarzyści włożyli w usta postaci tak prostackie dialogi. Najgorsze nadchodzi na końcu. Podobnież nadzieja umiera ostatnia, a ja ciągle wierzyłem, iż stanie się coś, co przynajmniej złagodzi ból oglądania filmu. Ciekawe czemu się zawiodłem.
W końcowej scenie, co nikogo nie powinno zdziwić, główny bohater ściera się
Złym, by uratować świat i ukochaną dziewczynę. Magowie puszczają przeciwko sobie kule migoczącej, półprzezroczystej energii (ładnie zrobione graficznie), które odrzucają przeciwnika do tyłu. Wszystko przypominało mi
Dragonballa - postaci gromadzą moc, wyrzucają ją na przeciwnika, czasem łapią i odbijają, stękając przy tym dziwacznie… Oczywiście główny bohater początkowo przegrywa, by w końcu zdobyć dodatkową siłę i zacząć górować nad oponentem. Potem chwila równowagi i –
ojeju!!!, co za niespodzianka - główny bohater wygrywa, ratuje świat i swą kobietę. W trakcie pojedynku nie mogło tradycyjnie zabraknąć patetycznych i wzruszających do granic możliwości przemów. Łzy faktycznie zaczęły napływać mi się do oczu.
Reasumując,
Pakt milczenia to trochę telenoweli, quasi horror i szczypta
Dragonballa, choć myślę, że fanom ostatniego może nie spodobać się moje porównanie. Nurtowała mnie jedna kwestia - dlaczego film zdobył tak dobre oceny i opinie w Internecie?. I w pewnym momencie mnie olśniło - wszystkie komentarze pochodziły od płci pięknej, która pod niebiosa wychwalała urodę aktorów, a nawet licytowała się, który jest przystojniejszy. Nie jestem kustoszem męskich wdzięków, toteż ciężko mi było zrozumieć tę fascynację. Lecz stwierdzenie, że film jest wspaniały, bo panowie są przystojni? To już, delikatnie rzecz ujmując, lekka przesada, a przy okazji jawny seksizm.
Spotkałem się z recenzją mężczyzny (żeby nie było), który pisał, o filmie:
"Kino, które śmiało mogę polecić każdemu, kto lubi mocne wrażenia…"* czy też, co uważam za mistrzowskie i wręcz muszę przytoczyć:
"(...) wszystko wpływa na mroczną atmosferę tego filmu i to wszystko wciąga nas coraz bardziej i coraz głębiej. Krok za krokiem jesteśmy bliżsi poznania tej niezwykłej zagadki i wciąż niepewni, czy Zło, czy też Dobro zwycięży i kto okaże się zwycięzcą w tych mrożących krew w żyłach, zmaganiach."*. Prawie jakbym czytał zapowiedź producenta bądź oglądał inny film. Za efekty specjalne i ładne scenografie
Pakt milczenia dostanie ode mnie po punkcie. Tak więc mamy 2/10. Choć może to i tak za dużo…
- - zaczerpnięte z recenzji Artur G. Kamińskiego, opublikowanej na film.wp.pl
Waszym zdaniem...