Królowi co królewskie
Autor:
Klaudia 'Marigold' NajdowskaRedakcja: Iwona 'Ivrin' Kusion

Rubaszny, bawarski humor; przerysowane, wręcz karykaturalne postaci i pomysłowy polski dubbing –
Lissi na lodzie mogłaby być filmem niezwykle udanym, gdyby nie fakt, że właściwie nie ma fabuły, a w zamian składa się z kilkudziesięciu bardziej lub mniej oklepanych gagów.
Początek nie zwiastuje katastrofy – niski i mocno przysadzisty narrator rapuje o historii i o tym, co widzowi wolno w czasie seansu, a czego nie. Potem jest już niestety mniej ciekawie. Poznajmy młodą cesarską parę – Lissi i Franza (skojarzenie z austriacką władczynią Sissi i jej uroczym małżonkiem, Franciszkiem Józefem, o twarzach Romy Schneider i Karheinza Bohma jak najbardziej prawidłowe). Małżeństwo niezwykle udane, oddające się wspólnym spacerom, polowaniom na niezbyt dorodnych łyżwiarzy i specyficznym praktykom seksualnym. Towarzyszą im matka Franza - Sybille – nimfomanka, dziadek na wózku i uroczy feldmarszałek, na którego zarzuca sidła cesarska matka. Pewnego dnia ta sielanka zostaje przerwana, bowiem Lissi zostaje porwana przez Yeti. Włochaty stwór nie ma wielkiego wyboru – żeby ocalić duszę przed ogniem piekielnym, musi dostarczyć diabłu najfajniejszą pannę w kraju. Za porywaczem i jego ofiarą ruszają w pościg Franz, Sybille i feldmarszałek. Podróż zawiedzie ich między innymi do zamku Bussiego (karykatura postaci szalonego księcia Ludwika), stylizowanego na piękny bawarski Neuschwenstein. Na drodze Yeti staną natomiast skuszeni cesarską nagrodą Szwagier i niezbyt rozgarnięty Ignac.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Szablonowe postaci umieszczono w scenach, które zaczerpnięto z wielu znanych i lubianych filmów. Najciekawsze nawiązania pochodzą z pierwszej części
Piratów z Karaibów – słynne ujęcie, gdy Jack Sparrow po raz pierwszy pojawia się w Port Royal,
King Konga – krzyczący włochaty stwór na iglicy oraz
Troi – niezbyt udana kopia pewnego konia, który wpłynął na zagładę starożytnego
polis. Kopiowanie ujęć to jedna z zasadniczych wad
Lissi na lodzie – twórcy tak bardzo skupili się na zabawianiu nas zagadkami
"skąd ta scena pochodzi?", że zapomnieli, iż film powinien widza w jakikolwiek sposób zainteresować perypetiami bohaterów. A zarówno ja, jak i większość widowni obecnej na premierze bawiliśmy się mocno średnio. Nie zachwyciła mnie również animacja. Oglądając
Lissi na lodzie, poczułam się trochę jak w dzieciństwie – nie mówię o tym z sentymentu, a dlatego, że w dobie galopującego rozwoju sztuki rysowania bajek, prezentowanej choćby w
Shreku czy
Iniemamocnych, niemiecki film wypada bardzo przeciętnie, by nie rzec kiepsko.
Obiektywnie muszę przyznać, iż animacja nie składa się z samych wad. Pozytywnie oceniam bardzo dobry polski dubbing. Postaci mówią głosami uznanych aktorów. Wyróżniłabym szczególnie Kacpra Kuszewskiego (Lissi), Bohdana Łazukę (lokaj), Krzysztofa Stelmaszyka (Bussi), Tomasza Knapika (narrator) i znakomitego Olafa Lubaszenko (Yeti). Podobały mi się również sceny z udziałem Szwagra i Ignaca, gdy w odpowiedzi na zadane przez cesarzową w języku angielskim pytanie, zmieniali się z walczących chłopów w doskonałych dżentelmenów z herbatką w ręku i perfekcyjnym brytyjskim akcentem. Na plus zasługuje tez postać Bussiego – jest wielki, nosi śmieszną fryzurę, zachowuje się jakby był na permanentnym haju i prowadzi abstrakcyjne rozmowy z Bogiem. Jednak poza tymi drobnymi, pozytywnymi elementami, nic więcej nie zachwyca i nie zaciekawia.
Film polecam z dość ciężkim sercem wyłącznie wielkim sympatykom niemieckiego poczucia humoru. Zapewne przypadną im do gustu teksty o
"przystrzyżeniu krzaczora" czy
"czochraniu trąby". Pozostali zapewne uśmiechną się kilka razy, a potem zaczną niecierpliwie zerkać na zegarek, licząc minuty do końca seansu. Moim zdaniem, warto wysiedzieć wyłącznie ze względu na polski dubbing, gdyż nawet modna scena po napisach końcowych wypada blado i jest po prostu nudna.
Waszym zdaniem...