Autor:
Marcin 'malakh' ZwierzchowskiRedakcja: Klaudia 'Marigold' Najdowska

Przeglądając kinowe zapowiedzi i newsy o planowanych na następne lata produkcjach, nie da się nie zauważyć pewnej tendencji. Otóż coraz większy udział wśród filmowych nowości mają nie tyle kontynuacje, co kontynuacje kontynuacji. Prawie rok temu po raz czwarty na ekrany powrócił charyzmatyczny policjant ze
Szklanej pułapki, w marcu oglądałem
Rambo IV, tydzień temu wybrałem się na nową część przygód Indiany Jonesa, a dzisiaj dowiedziałem się, że niedługo ruszą zdjęcia do kolejnej odsłony
Gliniarza z Beverly Hills. W związku z tym nurtują mnie dwa pytania: „Czy filmowcom naprawdę brakuje świeżych pomysłów?” i „Jak długo potrwa ta moda na
odgrzewane dania?”.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Był taki czas, gdy trylogie uważano za serie obszerne. Wtedy na ekranach brylowały:
Indiana Jones,
Powrót do przyszłości, a jeszcze wcześniej
Gwiezdne Wojny. Nawet stosunkowo niedawno na trzecich częściach kończyły się serie typu
Blade,
Park Jurajski czy
Terminator. Tymczasem niedawno, w jednym z wywiadów, Laura Dern (w hicie Spielberga wcielająca się w doktor Ellie Sattler), zdradziła, że planowane jest nakręcenie kolejnej, czwartej już (a jakże!) opowieści o dinozaurach. Nie od dzisiaj wiadomo, że nie przyjdzie długo czekać na powrót najsławniejszego z cyborgów, ba!, nieoficjalnie mówi się, że Christian Bale podpisał kontrakt aż na trzy filmy tej serii, co oznacza, że doczekamy się nawet
Terminatora VI! Zapewne i Wieczny Łowca powróciłby na ekrany - w końcu
trójka zarobiła blisko 129 milionów dolarów (budżet wynosił 65 milionów), gdyby nie fakt, iż Snipes trafił za kratki.
Z jednej strony przedłużanie starych sag może być czymś dobrym, gdyż na seansie wracają wspomnienia z dzieciństwa, ale martwi mnie fakt, że filmowcy, zamiast patrzeć w przyszłość, coraz częściej zwracają się ku klasyce, licząc na to, że będą w stanie odkurzyć dawną sławę blockbusterów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby jeszcze to całe
odświeżanie przynosiło realny skutek. Tymczasem okazuje się, że w większości przypadków odgrzewane potrawy zalatują stęchlizną. Owszem,
Szklana pułapka 4 bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, ale był to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Zawiodłem się na
Terminatorze 3, nowych częściach
Rambo i
Rocky’ego, a i
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, mimo iż jest filmem dobrym, pod wieloma względami znacznie ustępuje poprzednikom. Po co więc angażować się w produkcje, które z góry skazane są na porażkę? Doprawdy, chyba nikt nie liczył, że podgrzane w mikrofalówce dania będą mogły równać się z tymi robionymi
na świeżo?
Mimo to, moda trwa. A dlaczego? Bo filmowy kramik z replikami antyków zbija kokosy. Kręcenie nie tyle filmowych serii, co po prostu seriali w takim stopniu zdominowało rynek, że obecnie każdy hit, jeżeli tylko zakończenie tego nie uniemożliwia, doczekać się musi kontynuacji. Sukcesem był
Hellboy – kręcimy
dwójkę, pozytywnie twórców zaskoczyły wyniki notowane przez
Iron Mana – nie obędzie się bez
sequela. Jednakże to jeszcze nic! Pięć części ma
Straszny film,
Piła najwidoczniej pozazdrościła
Modzie na sukces, a i
Spider-Man nie pozostaje daleko w tyle. Ostatniego słowa nie powiedział także waleczny John Rambo, który po raz kolejny będzie anihilował swoich przeciwników, tym razem prawdopodobnie meksykańskich terrorystów.
I co tu robić? Bojkotować kontynuacje? Wtedy przyszłoby mi chodzić na seanse zaledwie kilka razy w roku. Wystarczy spojrzeć na zapowiedzi: intrygujące są
Hancock,
Kochanice Króla czy
Zdarzenie, a z drugiej strony mamy wspomnianego wyżej
Hellboya 2: Złota armia,
Mrocznego rycerza i
Superhero, które mimo iż oficjalnie jest dziełem samodzielnym, tak naprawdę stanowi przedłużenie
Wielkiego kina i
Poznaj moich Spartan (szczerze mówiąc - wszystkie te parodie to progenitura sukcesu
Strasznego filmu). Owszem, można omijać
sequele szerokim łukiem i do kina wybierać się tylko na
świeże produkcje, ale bądźmy realistami – największe pieniądze producenci pakują właśnie w kontynuacje.
Cóż, w końcu jednak nie będzie już czego przedłużać. Filmowcy odgrzebią wszystkie klasyki, do granic przyzwoitości rozciągną popularne serie (chociaż właściwie robią to już teraz), a w takim tempie pisarze, twórcy komiksów i gier nie będą w stanie nadążać z wypuszczaniem na rynek nowych pozycji, które można by zekranizować. Co wtedy poczną zwrócone ku przeszłości wytwórnie? Obudzą się i zorientują, że
Moda na sukces to nic w porównaniu z ich filmowymi serialami? Zamkną pudełeczko z przyrządami do renowacji antyków i skupią się na tworzeniu czegoś, co nie będzie opatrzone etykietką: „druga świeżość”? Być może. Szkoda tylko, że – sądząc po wynikach coraz to nowych kontynuacji – nieprędko wrócą stare dobre czasy, kiedy do kina chodziło się na film, a nie serial.
Waszym zdaniem...