Autor:
Grzesiek 'SethBahl' AdachRedakcja: Iwona 'Ivrin' Kusion

Garfield, najbardziej leniwy kot na świecie, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, dorobił się do tej pory trzech wcieleń na srebrnym ekranie. Po obejrzeniu pierwszego z nich pozostały mi trzy pamiątki – tapeta na komórce, niesmak i alergia na filmy o wspomnianym pomarańczowym kocim cyniku. Dla kogoś, kto przeczytał wszystkie garfieldowe stripy, jakie ukazały się od 19 czerwca 1978 roku, film ten był tak głęboką porażką, że żadną miarą nie byłem w stanie zmusić się by pójść na
sequel. Dostałem jednak kolejną okazję, jako że do kin weszła nowa amerykańsko-koreańska produkcja z serii. Do sali wszedłem z grobową miną i nastawieniem "zapłacić, obejrzeć i czym prędzej zapomnieć"…
Błąd. Zacznijmy jednak od początku.
Garfield – festyn humoru to animacja w reżyserii Marka Dippego. Dla tego pana jest to już drugie podejście do produkcji z Garfieldem w roli głównej. Pierwsze, zatytułowane
Garfield – kot prawdziwy, ukazało się w zeszłym roku i było tak intensywnie reklamowane, że przeszło bez zwrócenia większej uwagi. Za scenariusz obu wspomnianych filmów odpowiada Jim Davies – tak, ten Jim Davies, twórca komiksu i samej postaci niezmiernie tłustego kota.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Historia zbudowana jest wokół tytułowego festynu humoru, który organizowany jest w mieście Garfielda, i który to ów kot, wraz ze swoją dziewczyną – Arlene, rokrocznie wygrywa. Oczywiście, jak na ten schemat opowieści przystało, do konkursu zgłasza się nowy, nieznany nikomu uczestnik – niezmiernie przystojny amant Ramon, który przy okazji próbuje odbić Garfieldowi kobiet… kotkę, chciałem napisać.
Znów nic wielkiego, prawda? Jednak od hollywoodzkich produkcji z udziałem Brekina Meyera różnią ten film dwa elementy. Po pierwsze, aktorskie wersje
Garfielda były filmami adresowanymi w zasadzie do wszystkich; efekty pracy zespołu Marka Dippego mają natomiast bardziej sprecyzowany target – to typowe filmy dla dzieci. Bezpośrednio powiązana jest z tym również druga cecha – zmiana konwencji. Prostota w kreacji wizualnej bohaterów, cukierkowy świat, fabuła na tyle nieskomplikowana i przewidywalna, by kilkuletnie brzdące nie zgubiły się w niej i zarazem dobrze się bawiły. W tym dostosowywaniu się do widza, twórcy czasami szli zbyt daleko – na przykład rozumiem, że bardzo chciano skorzystać z przedstawionego wyżej szablonu fabularnego, tylko dlaczego na festynie
humoru tańczyć tango?; co w nim śmiesznego? – jednak ogólnie rzecz biorąc nie przeszkadza to zbytnio (a już najmniej maluchom).
Szczerze mówiąc trzeba przyznać, że jak na film o takich założeniach,
Garfield – festyn humoru to produkcja nader udana – bardziej intensywne ziewanie dorosłego zaczyna się dopiero gdzieś w połowie (a czyja czujność zostanie uśpiona, tego film zaskoczy zakończeniem). Co więcej, o ile
Garfield był filmem wybitnie wręcz nieśmiesznym, o tyle
Festyn humoru ma swoje chwile. Nie ma tutaj za wiele z tego, co zazwyczaj uważa się za rozrywkę odpowiednią dla kilkuletniego człowieka, a wszelkiej maści bekanie, potykanie się, kaleczenie i tym podobne, które pojawiają się na ekranie, zostały w filmie w pełni uzasadnione. Efekt dobrze komponuje się z tym, czym film jest – a jest animacją na bazie komiksu
Garfield. Tytułowy bohater, choć może nieco nazbyt ruchliwy, nie odbiega zanadto od pierwowzoru, a jego działania są, o dziwo, dobrze umotywowane (pamiętajmy, że Garfielda momentami ciężko zmotywować do zjedzenia obiadu, o jakichkolwiek "działaniach" nie wspominając), podobnie rzecz ma się z jego cynicznym humorem; takoż prezentuje się reszta "obsady" – Arlene, Odie, czy Jon, to postaci, które widzowie bez problemów połączą z komiksowymi odpowiednikami. Nic w tym jednak dziwnego, skoro całokształt
Festynu humoru powstawał pod czujnym okiem Jima Daviesa.
Jeżeli wasze dziecko było grzeczne, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyście wynagrodzili je wycieczką do kina na
Garfielda – festyn humoru. Co złośliwsi powiedzą, że jeśli nie było – zawsze możecie przejść się do wypożyczalni DVD i katować je hollywoodzkim filmidłem Hewitta.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...