Lepsza w pojedynkę
Autor:
Piotr 'Rebound' Brewczyński

Na pewno nie powiem niczego nowego, jeśli stwierdzę, że ostatnimi czasy panuje moda na ekranizacje komiksów. Do kin praktycznie co dwa tygodnie trafia obraz, będący mniej lub bardziej wierną adaptacją tytułów z wydawnictwa Marvel, czy też innego. Jak to zwykle bywa, ilość najczęściej nie idzie w parze z jakością. Tym sposobem co i rusz otrzymujemy półtoragodzinne koszmarki, które fanom ekranizowanych tytułów spędzają sen z powiek. Przyznam, że właśnie z tego powodu zadrżała mi ręka, kiedy kupowałem bilety na
Elektrę.
Film bynajmniej nie skusił mnie ani tytułową postacią, ani odgrywającą ją Jeniffer Garner. Tą osobiście znam tylko z
Daredevila (zresztą – tam również występowała jako Elektra), bowiem
Agentka o 100 Twarzach to serial, a tych po prostu nie oglądam zbyt często. Jak wiadomo –
Daredevil nie był filmem udanym, a i takie określenie jest raczej eufemizmem. Ponadto, samej Elektry nie znam zbyt dobrze nawet z komiksu. Seria z jej udziałem była wydawana w Polsce w czasach dość zamierzchłych, więc mój cały kontakt z tą bohaterką ograniczył się do jej występu w
The Man Without Fear, z Daredevilem w roli głównej. Tak więc nie skusiła mnie ani aktorka, ani postać. Co tego dokonało?
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Można rzec, czysty przypadek. Otóż jakiś czas temu na oryginalnym, zachodnim plakacie dostrzegłem napis:
From the forces that brought you X-men. Poszperałem w sieci i dowiedziałem się, że rzeczywiście za realizację filmu z Jeniffer Garner w roli tytułowej odpowiadają w dużej mierze ci sami ludzie, co za dwa filmy o podopiecznych profesora Charlesa Xaviera. Jako że zarówno
X-men, jak i
X2 były w moim odczuciu filmami udanymi i bardzo dobrymi w swojej klasie, postanowiłem zaryzykować i wybrać się także na
Elektrę.
Okazało się, że podjąłem właściwą decyzję. Film zaczyna się historyjką, opowiadającą o odwiecznej walce dobra ze złem, którą zakończyć ma przybycie Skarbu. Skarb ów ma postać dziewczynki – sieroty, która wkrótce posiądzie nadzwyczajne zdolności. Standard. Następnie dostajemy przedsmak tego, co potrafi tytułowa bohaterka – zawodowa zabójczyni i mistrzyni wschodnich sztuk walki. Scena ukazująca wykonywanie przez Elektrę kolejnego zlecenia jest sama w sobie dość kiczowata, a cały początek mocno zalatuje produkcjami typu
Kobieta-kot, czy
Spider-Man, w których to akcja obraca się wokół pościgu "tego dobrego" za "tym złym". Na szczęście, ów smrodek bardzo szybko się ulatnia, a my przenosimy się do znajdującej się nad jeziorem przytulnej posiadłości, w której główna bohaterka czeka na następne zlecenie. Akcja zwalnia, a my poznajemy nieco samą Elektrę... oraz jej przyszły cel. Do tego momentu fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Potem jednak, co dziwne w tego typu obrazach, pojawia się coś na kształt intrygi. Pewne osoby okazują się nie być takimi, za jakie początkowo je braliśmy, a wszystko to być może nie zaskoczyłoby nas tak bardzo, gdyby nie wspomniana na początku legenda o walce dobra ze złem. Dość powiedzieć, że film nie jest tak przewidywalny, jak dowolna inna produkcja podobnego typu.
Kolejną zaletą
Elektry są postacie. Może nie należą do wyjątkowo "głębokich", ale niektóre z nich, a już szczególnie czarne charaktery, zapadają w pamięć. Na uwagę zasługują tu szczególnie Typhoid (Tyfus) i Tatoo (Tatuaż), których moce wybitnie wskazują na to, że akcja filmu dzieje się w uniwersum Marvela. To prowadzi do kolejnego "plusika" – twórcy
Elektry postanowili pójść na całość i, tak jak w
X-men, pokazać, że nie boją się stereotypu filmu pełnego efektów specjalnych. Wojownicy z Ręki (organizacji, z którą walczy Elektra) znikają w zielonych rozbłyskach, wilki i węże wyłażą ze skóry, a postacie biegają z niesamowitą prędkością. Obraz nie jest tak "grzeczny", jak
Daredevil – nie próbuje udowodnić nam, że zdarzenia ukazane w filmie naprawdę mogłyby mieć miejsce.
Elektra ma też jednak kilka wad. Największą z nich jest zmarnowany potencjał fabularny wrogów głównej bohaterki. Większość postaci negatywnych ginie irytująco szybko, pozostawiając pewien niedosyt. Być może jednak był to chwyt zamierzony. Prócz tego, film niestety nie stroni od taniego moralizatorstwa. Truizmy sypią się gęsto, choć nie drażnią tak jak w
Spider-Manie czy
Hulku. Drażnić może natomiast postać samej Elektry, która w paru momentach zachowuje się jak główna bohaterka brazylijskiej telenoweli (włączając w to gesty i mimikę twarzy), rozdarta pomiędzy miłością a rozsądkiem. Wreszcie – zakończenie nieco kuleje. Wygląda to tak, jakby twórcy mieli niezły pomysł na początek i bardzo dobry na środek filmu, ale o końcówce już nie pomyśleli. Wyczuwalnie brakuje jeszcze jednego zwrotu akcji, bez którego "happy end" jest bardzo mdły i nijaki. Należy jednak zauważyć, że poczynione zostały wszelkie kroki ku temu, by pozostawić sobie furtkę prowadzącą do nakręcenia części drugiej. Ale to chyba nikogo nie powinno dziwić.
Podsumowując,
Elektra na pewno spodoba się bardziej wymagającym miłośnikom filmów akcji. Być może jeszcze bardziej zadowoleni wyjdą z sali kinowej ci, którzy na wylot znają serię komiksową o ubranej w czerwień zabójczyni (nawiasem mówiąc, Elektra w komiksie miała chyba kruczoczarne loki - w filmie zostały one zamienione na długie, proste włosy w kolorze ciemny blond). Z doświadczenia wiem, że znajomość komiksu na ogół ułatwia odbiór jego ekranizacji (a czasem nawet jest niezbędna, by film choć szczątkowo zrozumieć), a i wypatrywanie ukrytych "smaczków" sprawia sporo przyjemności. Jakby jednak nie było, ja stawiam
Elektrę tuż za dwoma pierwszymi
Batmanami i
X-men. Jeśli więc chcecie udowodnić swoim znajomym (a może także sobie), że istnieją więcej niż cztery dobre filmy będące ekranizacjami "książeczek z obrazkami", wybierzcie się na
Elektrę.
Tytuł: Elektra (
Elektra)
Reżyseria: Rob Bowman
Scenariusz: Henry Bean, Raven Metzner, Zak Penn, Stu Zicherman
Obsada: Jeniffer Garner (Elektra Natchios), Will Yun Lee (Kirigi), Kirsten Prout (Abby Miller), Goran Visnjic (Mark Miller)
Muzyka: Różni wykonawcy
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2005
Czas projekcji: 96 minut
Ocena:
4 / 6
Waszym zdaniem...