Egzorcyzmujesz - nie pal
Autor:
Piotr 'Rebound' Brewczyński

Nie ulega wątpliwości, że komiksowe tytuły takie jak
Spider-Man,
X-men,
Hulk czy wreszcie
Elektra nie pretendują do miana filmów poważnych i skłaniających do refleksji. Nie mają też wiele wspólnego z horrorami - miast straszyć, mają za zadanie raczej bawić widza niezbyt skomplikowaną fabułą i feerią efektów specjalnych. Dodanie do komiksu z wydawnictwa Marvel otoczki psychologicznej może skutkować tylko sztucznym "pogłębieniem" postaci i co za tym idzie - narażeniem filmu na nieprzychylne recenzje ze strony tej części publiczności, która nie gustuje w naiwnych, przepełnionych truizmami dialogach. Nie trzeba chyba dodawać, że ta część jest dość znacznych rozmiarów.
Ale oto w kinach pojawia się ekranizacja
Hellblazera - komiksu wydanego przez DC Vertigo, które wsławiło się wypuszczeniem na rynek takich tytułów jak
Sandman czy
Kaznodzieja. Fani tego wydawnictwa wiedzą, co można znaleźć w firmowanych jego logiem albumach. Obrazoburcze treści, "zabawa" z religią, brutalne sceny - to dla Vertigo chleb powszedni, ale bynajmniej nie czerstwy. Jak to wygląda w filmowym wydaniu
Hellblazera, noszącym prosty tytuł
Constantine?
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Zacznijmy od fabuły. Schemat niby ograny - oto niejaki John Constantine obdarzony jest darem Wzroku. Widzi to, co zwykli śmiertelnicy znają tylko z Biblii - agentów Nieba i Piekła, którzy od tysiącleci toczą spór o ludzkie dusze. Powód konfliktu nie jest Constantine'owi znany, choć jako pragmatyk uważa on, że może nim być chociażby coś tak głupiego, jak zwykły zakład. John jednak nie walczy z wysłannikami piekieł z czystego altruizmu, a z pobudek zgoła przeciwnych. Jako samobójca, który przez przypadek wrócił z Piekła, chce wykupić od boskich sił bilet do Nieba. Mocy jego wysiłkom dodaje prosta prawda, że nikt nie chce trafić do więzienia, do którego sam skierował większość osadzonych. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że John jest śmiertelnie chory - ma raka płuc. Jak widać, sytuacja nie należy do komfortowych ale sama w sobie jest pewnym novum. Główny bohater nie jest nieskazitelnym obrońcą sprawiedliwości, a egoistycznym draniem, który tylko z konieczności robi to, co robi. Przekona się o tym na własnej skórze pewna kobieta, której siostra bliźniaczka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak łatwo się domyślić, ta sprawa doprowadzi głównego bohatera do grubszej afery, w którą zamieszani są nie tylko piekielni agenci, ale także sama "góra", a ściślej mówiąc - Dół.
Prezentacja tych wszystkich wątków przebiega bardzo sprawnie. Dla konesera filmów z "wyższej półki" fabuła może prezentować się niezbyt okazale, ale dla kogoś, kto przyszedł na film po to, żeby obejrzeć kawałek dobrego kina akcji, będzie na poziomie co najmniej zadowalającym. Pozytywne wrażenie pogłębiają efekty specjalne, które w paru momentach naprawdę wbijają w fotel (odłamki szkła w szpitalu w tej klasyfikacji zdecydowanie prowadzą). Co może dziwić, w filmie wcale nie strzela się dużo i na dobrą sprawę ma miejsce tylko jedna większa potyczka. Constantine woli raczej salwować się ucieczką, by potem uderzyć raz a dobrze i z zaskoczenia.
Nie fabuła jednak zasługuje na największą uwagę, a kreacja niektórych postaci - i o dziwo nie mówię tu wcale o głównym bohaterze i kobiecie, która mu towarzyszy. Prawdę mówiąc, Reeves nie spisał się jakoś specjalnie w roli Johna Constantine'a, choć trzeba przyznać, że jak nikt "fizycznie" pasuje do tej roli - chociażby z racji specyficznej urody, ułatwiającej odgrywanie chorego na raka płuc. Z kolei pani Rachel Weisz, grająca Angelę i Isabel Dodson, odtwarza swoją rolę najgorzej ze wszystkich zgromadzonych w filmie aktorów. Jej twarz, znana z takich filmów jak cykl o
Mumii, czy
Reakcja Łańcuchowa (w której również występowała u boku Keanu Reevesa), nie pasuje do roli poważnej pani detektyw i nieco psuje jej wizerunek. Na oklaski na stojąco zasługują za to Tilda Swinton (grająca Gabriela. Tak - TEGO Gabriela) oraz Peter Stormare wcielający się w rolę... Szatana, którego John określa przemiłym zdrobnieniem "Lu". Tilda Swinton, z racji bardzo specyficznej urody, idealnie wpasowuje się w ciało aseksualnego anioła - i jest to jak najbardziej komplement. Wszystko, od nieznacznych gestów aż po uczesanie, sprawia, że Gabriel jest postacią na długo zapadającą w pamięć. Podobnie jest z Lucyferem - panem piekieł ubranym w nienagannie skrojony, biały garnitur, ale z bosymi stopami ociekającymi smołą. Dla tych dwóch postaci (które na dobrą sprawę mają swoje "5 minut" dopiero pod koniec filmu) naprawdę warto zobaczyć
Constantine.
To jednak nie wszystko. Do niewątpliwych atutów filmu należą również wstawki humorystyczne, których jest naprawdę sporo. Ponadto trzy z nich zasługują na umieszczenie w kanonie - są to kolejno: wskazanie kierunku przez Johna, charakterystyczny gest tegoż (w zwolnionym tempie i z chórem anielskim w tle), gdy wywija się ze szponów Lucyfera oraz motyw z gumą do żucia. I ponownie, te dwa ostatnie elementy zobaczymy pod sam koniec filmu - kolejny powód, by dosiedzieć do końca.
Jest jednak w
Constantine parę błędów. Kardynalnym, acz prawdopodobnie wynikającym z ograniczeń czasowych, jest potraktowanie po macoszemu wątków bardzo wielu postaci pobocznych. Większość z nich pojawia się dosłownie na chwilę, by w następnej sekundzie zniknąć, przeważnie na skutek niezbyt przyjemniej śmierci. Szkoda, bo po raz kolejny mamy w komiksowej ekranizacji do czynienia ze zmarnowanym potencjałem fabularnym dużej liczby postaci drugoplanowych. Drugą rzeczą jest fakt, że nawet w tym tytule nie udało się uniknąć płytkich dialogów i gestów zakrawających na pierwszej próby kicz. W większości są one niestety "zasługą" głównego bohatera.
Co jednak znamiennie, reżyser nie zrobił tego, co najprawdopodobniej popsułoby cały film. O czym mowa? Nie chcę tutaj zdradzać - powiem tylko, że na pewno będziecie wiedzieć, kiedy już obejrzycie ten obraz.
O ile w ogóle obejrzycie. Ja jednak z całego serca polecam
Constantine. Jest to kawałek dobrej, filmowej roboty, na który równie dobrze można pójść z kumplami, jak i z dziewczyną czy chłopakiem. Ważne jednak jest, byście nie oczekiwali "nie wiadomo czego" -
Constantine to ekranizacja komiksu i jako taka, spełnia swoją rolę znakomicie. Zawiodą się natomiast ci, którzy szukać będą w filmie głębszej treści, rozwijającej zagadnienie odwiecznej walki Dobra ze Złem i skrzywionej moralności.
Constantine nie jest, wbrew niektórym, niezbyt trafionym określeniom, thrillerem teologicznym. Jest za to pierwszej klasy filmem akcji z wątkami fantastycznymi i w tej kategorii z czystym sumieniem daję mu 4 z ogromnym krzyżem... Tfu! Plusem.
Tytuł: Constantine (
Constantine)
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Frank A. Cappello, Kevin Brodbin, Mark Bomback
Obsada: Keanu Reeves, Rachel Weisz, Peter Stormare, Tilda Swinton
Muzyka: Różni wykonawcy
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2005
Czas projekcji: 121 minut
Ocena:
4 / 6
Waszym zdaniem...