Tylko po co 3D?
Autor:
Marcin 'malakh' ZwierzchowskiRedakcja: Iwona 'Ivrin' Kusion

Miało być coś świeżego. Owszem, zapowiadało się na klasyczną sieczkę, z hektolitrami krwi, kawałkami mózgu i odrąbanymi członkami poniewierającym się po ekranie, ale to wszystko widz miał otrzymać w nowej jakości – jakości kina trójwymiarowego. Nie żeby tego nie było, gdzie tam, nawet ekstra okularki dawali, ale co z tego, skoro owe
3D to tylko pusty slogan…?
Blizna 3D to prawie film i prawie trójwymiarowy. A jak wszyscy wiemy:
"prawie robi wielką różnicę".
Szesnaście lat po tym, jak pewna młoda dziewczyna przeżyła krwawą masakrę, która rozgrywała się w piwnicy miejscowego domu pogrzebowego, koszmary przeszłości wracają. Dorosła już teraz kobieta postanawia odwiedzić swojego brata, który wraz z córką mieszka w rodzinnym miasteczku głównej bohaterki. Gdy ta jednak przyjeżdża na miejsce, okolicą znowu wstrząsa fala brutalnych morderstw, a kobieta jest przekonana, że stoi za nimi Bishop – morderca, który jakimś cudem żyje, mimo iż zabiła go tamtej nocy, szesnaście lat temu.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Prościej mówiąc, scenariusz to dno. Nie, niżej niż dno. Fabuła jest nuda, akcja ciągnie się jak kolejka do kasy w markecie, a bohaterowie to banda idiotów, przy których Jola Rutowicz jawi się jako ostoja mądrości. Całość sprowadza się do tego, że
On zabija, wszyscy się boją, główna bohaterka miota się po ekranie, włażąc w najciemniejsze miejsca i aż prosząc się o śmierć, a policja… policja podejrzewa o morderstwa ją, no bo miała na sobie ślady krwi (nic to, że każdy by miał – wystarczy podejść do ofiary, żeby sprawdzić, czy żyje). Oczywiście morderca jest nieuchwytny, a zwinnością, sprytem i umiejętnościami podchodzenia kolejnych nieszczęśników bije na głowę nawet najlepszego ninję. Już nie wspominając o tym, że każdego zabija niczym zawodowy Hitman – bez walki, czysto, bez najmniejszego dźwięku; a grający go aktor winę wypisaną ma na twarzy. Nie może umknąć uwadze także motywacja mordercy, potwierdzająca w pełni szablonowość fabuły.
Jednak nie to było najgorsze. Najbardziej denerwujący był fakt, iż do kina wybrałem się na film 3D – mięso miało łatać, odcięte kończy wypadać z ekranu, a nóż w rękach mordercy ciąć powietrze tuż przed moim nosem. Twórcy najwyraźniej mieli jednak inny pomysł, a raczej pomysłu nie mieli. W efekcie wyszedł im film trójwymiarowy, w którym absolutnie nie wykorzystano potencjału tej techniki. W sumie, podczas całego seansu dopatrzyłem się jednego ciekawego ujęcia (dwie dziewczyny leżące na stołach w piwnicy oprawcy), ale też jestem przekonany, że i bez trzeciego wymiaru dużo by ono nie straciło. Tak więc, widz płaci dodatkowe pieniądze, a jedyne, co z tego ma to wypukłe postacie - żadnych efektownych scen.
Blizna 3D to gniot, prawdziwa esencja
gniotowości, której doklejono łatkę kina trójwymiarowego, tylko po to, aby przyciągnąć przed ekran większą liczbę widzów. W cenę droższego biletu wliczono kiepski scenariusz, bezmyślną masakrę i potworne aktorstwo, nadające się tylko do reklamy proszku do prania. A kwintesencją wszystkiego jest scena, w której główna bohaterka ucina sobie pół dłoni za pomocą kawałka potłuczonej butelki. Te butelki to chyba ostrzą laserowo…
Waszym zdaniem...