Autor:
Jarosław 'beacon' KopećRedakcja: Klaudia 'Marigold' Najdowska

O japońskich kreskówkach z lat sześćdziesiątych przeciętny Europejczyk czy Amerykanin wie niewiele. Twórcy nowego
Astro Boya uszanowali ten fakt i nakręcili film na tyle bezpłciowy i średniawy, że nikogo nie urazi, nie wprawi w zakłopotanie i nie zmusi do myślenia.
Ojciec Toby'ego – pracownik ministerstwa nauki futurystycznego Astro City – doprowadza do wypadku, w którym ginie jego syn. Zrozpaczony konstruuje jego robotycznego klona, który ma zastąpić mu Toby’ego. Skutek okazuje się jednak zgoła przeciwny: maszyna nie pozwala Tenmie pogodzić się ze śmiercią syna. Wygnany przez ojca z domu bohater trafia na Powierzchnię – śmietnisko, które urządzili z Ziemi mieszkańcy dryfującego w powietrzu Astro City.
Zmącone przesłanie
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Wszystkie problemy robochłopca wynikają z jego zagubienia. Ludzie okrutnie wykorzystują roboty nie tylko do pracy, ale i do rozrywki, organizując dla nich brutalne igrzyska na wzór rzymski. Maszyny, chociaż niepozbawione sztucznej inteligencji, sprowadzone są do roli niewolników. Blokada przed wyrządzeniem krzywdy człowiekowi (zgodnie z zasadą robotyki Asimova) uniemożliwia im jakikolwiek sprzeciw. Nic więc dziwnego, że Astro Boy – łącznik pomiędzy człowiekiem a maszyną – będzie miał za zadanie zburzyć panujący porządek i zastąpić go nową międzygatunkową harmonią.
Podjęty temat wydaje się bardzo poważny, a umieszczenie go w filmie adresowanym do młodszego odbiorcy mogłoby wnieść do gatunku nieco świeżości. Jednak twórcy decydują się potraktować go jedynie jako pretekst do wtórnych żartów. Wprowadzają trio nastawionych rewolucyjnie robotów, które symbolicznie stawiają opór zniewoleniu. Jednak w każdej scenie ich głupota i nieporadność stają się tematem gagów, więc trudno traktować te postaci poważnie. Rozmywa się przy tym walor edukacyjny, który w produkcji adresowanej do dzieci mógłby stanowić mocny atut.
Celowanie w środek
Oryginalna manga i pierwsza seria telewizyjna z lat sześćdziesiątych prezentowały całą masę podobieństw do pochodzących z tamtej epoki seriali o amerykańskich superbohaterach. Charakterystyczne kadry, animacja lotów głównego bohatera, nawet piosenka na napisach początkowych. I
Astro Boyowi, tak samo jak choćby
Supermanowi, potrzebne było odświeżenie i godne przyjęcie w realiach nowoczesnej animacji. Niestety, przy okazji film stracił wszystko to, co wyróżniałoby go na tle szturmujących bezustannie kina animacji dla dzieci i rodziców.
Wątek ekologicznej klęski poprzez zaśmiecenie, tak zgrabnie przedstawiony w
WALL.Em, tutaj potraktowano po macoszemu. Tak samo igrzyska robotów. Twórcy pokazują je jako coś normalnego, nie wymagającego zastanowienia. Przechodzą nad nimi, podobnie jak wiedziony przez nich widz, z obojętnością. To nie tylko spłaszczenie, ale i tępienie wrażliwości odbiorcy.
Nie jest więc
Astro Boy ani filmem dla dorosłych, ani dla dzieci. Nie znajdziecie w nim ani ciekawego przetworzenia pokrytego patyną motywu, ani wartościowej opowieści z morałem dla najmłodszych. Dostaniecie tylko ładniutką animację i sformatowany scenariusz.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...